Lily wstała bardzo wcześnie. Umyła się, uczesała i ubrała, po czym przystąpiła do dekorowania pokoju. Na długim zwoju pergaminu napisała wielkimi literami: WSZYSTKIEGO NAJLEPSZEGO; i powiesiła nad drzwiami pokoju. Posprzątała wszystkie ubrania i księgi, po czym dokładnie wyczyściła klatkę swojej sowy, aby i ona nie niszczyła atmosfery. Wyszła na korytarz i sprawdziła zegarek. Wskazywał za pięć ósmą. Za chwilę zadzwoni budzik. Klasnęła w dłonie i wcześniej umówione z nią skrzaty przetelportowały jej trzy śniadania. Dla niej owsiankę, a dla jubilatek sałatkę owocową, grzanki z dżemem, niesłodzoną herbatę i galaretkę z bitą śmietaną w kieliszku – wszystko razy dwa.
Wzięła śniadania i położył je na szafkach nocnych koleżanek. Wyjęła zapakowane prezenty i spokojnie czekała. Spoglądała co chwilę na zegarek. Bo końcu wybiła ósma a budzik zadzwonił. Pozwoliła mu chwilę brzmieć i gdy dziewczyny otworzyły oczy wyłączyła go.
– Sto lat! – krzyknęła Lily i zaczęła śpiewać „Happy birthsdey”.
Dziewczyny otworzyły szeroko oczy, widząc wiszący nad drzwiami napis oraz śniadanie do łóżka. Zeskoczyły na podłogę i uściskały ją. Podała im prezenty. Nie musiała zastanawiać się, który dla której bliźniaczki. To było obojętne, bo i tak obie chciały to samo.
– Sproszkowany róg srebrnego jednorożca?! Skąd ty to wzięłaś? – wykrzyknęła Cassandra, co Lily rozpoznała po żółtej bluzce, Amy nie znosiła tego koloru.
– „Księga ziół i minerałów” T. J. Prewett? Przecież jej nigdzie nie sprzedają! – Amanda aż usiadła z wrażenia.
– Miałam szczęście – rzekła z uśmiechem Lily. Spędziła na szukaniu tych rzeczy wszystkie wyjścia do Hogsmade, ale uważała, że było warto. – Jedzcie śniadanie, bo wam wystygnie.
Bliźniaczki rozanielone usłuchały. Lily również zjadła swoją owsiankę i patrzyła na pełne szacunku spojrzenia koleżanek. Wydała całkiem sporą część oszczędności, a róg i tak kupiła dość tanio, musiała więc tylko dać sporo za autobus.
Po skończonym śniadaniu Amy zajęła się rozczesywaniem włosów a Cassy poszła do łazienki, aby założyć strój sportowy, potem się zamieniły i umyły zęby.
– Idziesz z nami pobiegać? – spytała jedna z sióstr. W jednakowych ubraniach nie dało się ich odróżnić.
– Czemu nie? – uśmiechnęła się Lily. Zmieniła tylko spódniczkę na szorty i zdjęła rajstopy.
Wyszły z pokoju i zeszły po schodach do Pokoju Wspólnego. Gdy miały wyjść przez dziurę w ścianie, drogę zagrodził im James. Jak zwykle nie uczesał włosów i uśmiechał się szeroko.
– Spadaj, Potter – mruknęła Cassandra.
– Tylko jeśli ta oto ruda panienka zechce się ze mną umówić – rzekł z uśmiechem.
– Nie – odparła Lily. – Odsuniesz się łaskawie?
– Nie.
Lily dostrzegła ruch ręki Cassy w stronę kieszeni z różdżką. Zrozumiała, że musi zająć czymś Pottera.
– Wiesz, że mogę wlepić ci za to szlaban?
– Każda dodatkowa chwila spędzona z tobą jest dla mnie błogosławieństwem – powiedział spokojnie.
– Dlaczego ze mną? Według mnie powinieneś pomóc biednej pani Pomfrey. Ona ratuje ci kończyny poprzestawiane podczas meczów, powinieneś dobrowolnie jej pomagać…
– Levicorpus – wyszeptała Cassandra.
Kostka Jamesa uniosła się szybko do góry, aż w końcu na niej wisiał. Gdyby nie refleks ścigającego spadłyby mu okulary i potłukły się, ale zdążył je w ostatnim momencie złapać.
Nie odzywająca się w tym czasie Amanda uśmiechnęła się szeroko. Wyszły z pokoju wspólnego, pozostawiając go w tej pozycji.
– Dzień dobry – powiedziały do Grubej Damy i ruszyły w stronę Pokoju Życzeń.
Gdy tam dotarły, Amy wyszeptała życzenie i ukazał im się długi tor i kawałek podłogi na rozgrzewkę. Zrzuciły bluzy i zaczęły się rozciągać. Lily szło najgorzej, ale nie przeszkadzało jej to, przyzwyczaiła się.
Po skończeniu rozgrzewki ustawiły się na lini i pobiegły. Lily w połowie drogi nogi odmówiły posłuszeństwa, ale biegła dalej. Do mety dotarła długo po bliźniaczkach.
– Jak wy to robicie? – spytała.
– Trening – odparły spokojnie.
* * *
Remus jak zwykle spotkał Amandę w bibliotece. Miała większą cierpliwość do wyszukiwania poszczególnych tytułów niż jej siostra, a bibliotekarka bardziej ją lubiła. Cassandrze zdarzało się kilka razy podnosić za bardo głos i często nie reagowała na uciszenia.
– Cześć, Amanda – zaczął. – Wszystkiego najlepszego z okazji urodzin – rzekł wyjmując z kieszeni malutkie pudełeczko.
Dziewczyna otworzyła je powoli. W środku znajdowała się miniaturowa buteleczka z jakimś przezroczystym płynem.
– Łzy feniksa, leczą z każdej trucizny.
– Skąd to masz? Musiały kosztować fortunę!
– Mój wujek ma jednego. Poprosiłem go i dał mi fiolkę – odparł czerwieniąc się.
– Dziękuję – powiedziała przytulając go.
* * *
– I jak ci idzie? Znalazłaś coś?
– Mam parę propozycji. O matko, ciężko będzie to zdobyć!
– A co?
– Krew driady. Zapewnia zdrowie i nieśmiertelność, choć sama w sobie jest trująca, będzie trzeba coś do tego dodać.
– Szukaj!
– Może mnie zmienisz?
– Ech, niech ci będzie.
Słońce przyjemnie grzało im twarze. Mimo że było strasznie zimno opalały się, w bluzach, długich spodniach i lekkich kozakach, ale opalały się.
– A krew jednorożca?
– Będzie trzeba poszukać jakiegoś i uzyskać jego zgodę. Jak ty to sobie wyobrażasz?
– A ty jak sobie wyobrażasz WAŻENIE ELIKSIRU NIEŚMIERTELNOŚCI?
– Masz rację.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz