sobota, 8 października 2016

Prolog

Cassandra podeszła do mamy, przytuliła ją delikatnie i wyszeptała kilka ciepłych słów. Bardzo rzadko płakała, nawet jako dziecko, ale widząc ją w tym stanie nie potrafiła się powstrzymać. A teraz, mając świadomość, że jej matka nie przeżyje nawet roku z powodu nikomu nieznanej choroby, z jej oczu lały się strumienie łez.
    Zawsze wesoła, silna kobieta, chętna do działania teraz pobladła i smutna przerażała ją. Nigdy się nie poddawała, nigdy nie była słaba, zawsze miała sobie siłę jeszcze większą niż dziewczyna.
Patrząc na drobną twarz śpiącej mamy, jej piękne złote włosy, szczupłą i wysportowaną sylwetkę nie mogła uwierzyć, że za rok ma jej nie być. Amanda przytuliła ją, po czym podeszła do siostry.
– Musi być coś, co ją uratuje i odnajdziemy to choćby nie wiem co.
Cassandra po raz pierwszy słyszała w jej głosie taką zawziętość. To Cassy zawsze była tą twardą. Spojrzała na Amy i rzekła:
– Choćbyśmy musiały potem trafić do Azkabanu zdobędziemy dla niej lek.
– Lekarze mówili, że nie ma dla niej ratunku, chyba że eliksir nieśmiertelności.
– To stworzymy eliksir nieśmiertelności.
– To przecież tylko legenda!
– Dla naszej mamy legendy staną się prawdą.
Pocałowały kolejno matkę w policzek i czoło, jak to ona zawsze im robiła i wyszły. Musiały udać się do biblioteki.

Pojechały Błędnym Rycerzem. Szary pojazd domagał się odmalowania, a szyby wyczyszczenia. Wewnątrz wszędzie walały się papierki i plastikowe butelki przemieszane z okruchami z chipsów. Stary kierowca uśmiechał się jednak do nich szczerze i to sprawiało, że mogły mu wybaczyć nieporządek.
W autobusie strasznie trzęsło, ale nie zwracały na to uwagi, skupione jedynie na celu. Sprawiło to, że Amanda polała się wodą, a nieprzytwierdzone do podłoża krzesła wywalały się, jednak trzymając się ścian dało się całkiem spokojnie jechać najszybszym publicznym środkiem transportu świata.
W końcu stanęli przed maleńkim budynkiem z szyldem „Księgi wszystkich smaków”. Z zewnątrz biblioteka przypominała kiosk. Mała, kwadratowa o podłużnym daszku o ścianach od dawna nie malowanych, ale nadal w kolorach bijących po oczach.
W środku budynek był jednak imponujący. Dziesięciopiętrowa sala, z każdej strony otoczona regałami pełnymi ksiąg wyglądała nadzwyczaj imponująco. Liczne kolumny również oplatały półki. Książki nad najwyższym piętrem zmieniały miejsca, latały machając okładkami i zrzucały kurz na głowę biednej nowej bibliotekarki, Matyldy Hoppkings, która już nienawidziła swojej pracy.
Na każdym piętrze przy licznych stolikach siedzieli różni czarodzieje. Dział z baśniami był najbardziej oblegany przez mamy, które chcąc pocieszyć swoje dzieci, które nie mogły jeszcze pojechać do Hogwartu, czytały im przeróżne opowieści. Wielu podejrzanie wyglądających typków przeglądało natomiast działy o czarnej magii i historię Geralta Grinwelda.

*    *    *

Syriusz spędzał już drugie wakacje w domu Jamesa. Rodzice Rogacza traktowali go niemal jak syna, a nawet lepiej, bo ten potrafił utrzymać porządek w pokoju. Nauczył się to robić jeszcze na Grimlud Place 12, bo nie lubił, gdy stworek dotykał jego rzeczy.
Kończył właśnie śniadanie pozostawione na jego szafce nocnej, zaklął, stwierdzając że zaspał. Niestety nie wiedział, która była godzina. Zegarek zepsuł mu się, gdy zostawił go w łazience, a James przez przypadek go zmoczył.
Państwo Potterowie powiedzieli, aby zmieniał wystrój pokoju według woli, ale nadal nie mógł się do tego zabrać. Wygląd pokoju gościnnego chyba bardziej mu odpowiadał. Zdecydował się więc powiesić tylko jeden obrazek.
Papier, bo to był papier a nie pergamin, pożółkł już strasznie i stał się delikatny, ale Syriusz nie miał serca czegokolwiek w nim zmieniać. Narysował go Regulus, gdy byli jeszcze szczęśliwą rodziną. Miał wówczas cztery lata, a Syriusz sześć.
Rysunek przedstawiał Syriusza, nadzwyczaj dobrze narysowanego, jak na wiek Regiego. Chłopiec postarał się wówczas i pracował kilka dni. Kształt twarzy i oczy wyszły świetnie, światłocień też nie był najgorszy, ale jak to dziecko – Regulus nie potrafił narysować nosa.
W prawym dolnym rogu koślawymi, drukowanymi literami chłopiec napisał: „Dla mojego ukohanego brata”. Oczywiście wszystko z literówką, co zawsze wywoływało u Łapy uśmiech.
Chłopak przebrał się i zszedł do salonu. Zastał tam Jamesa przepisującego masę listów miłosnych z różnego rodzaju książek i wysyłającego je do Lily.
– Ty nadal to ciągniesz? – spytał Syriusz ze śmiechem.
– Oczywiście – odparł. – Przecież Lily jest taka piękna, miła i zabawna!
Syriusz całkiem wybuchnął śmiechem. Rzucając się na kanapę. Pomysł, że James mógłby się kiedyś naprawdę zakochać w Lily wydawał się naprawdę niedorzeczny.
– A tak przy okazji – dodał, gdy się już uspokoił – „róża” piszemy przez ó kreskowane i ż z kropką.
James spojrzał na niego podejrzliwie.
– A ty niby skąd to wiesz?
– Masz tak napisane w tytule książki…

*    *    *

Peter czytał bardzo ciekawą powieść. Tak właściwie to romantyczną… Sam nigdy czegoś takiego nie przeżył i szczerze o tym marzył. Nigdy nie miał dziewczyny. Urodą się specjalnie nie wyróżniał. Nie był ani piękny, ani brzydki. Nie potrafił zagadać do dziewczyn nie ze względu na nieśmiałość, po prostu nie uważał żadnej za tą jedyną.
Zerknął na zdjęcie swoich rodziców. Oni zawsze byli ze sobą szczęśliwi i kochali się ponad wszystko. Od razu wiedzieli, że to właśnie z sobą chcą być na zawsze.
Postanowił pójść do pobliskiego parku na spacer, ale wolał nie pokazywać się w ludzkiej postaci. Mugolscy chłopcy często znęcali się nad nim, bo był mizerny i niski, nie miał możliwości postawić się bez magii, której nie mógł używać.
Wymknął się przez malutką klapkę w drzwiach i pobiegł ulicą. W tej postaci czuł zapach kwiatów znacznie silniej niż w ludzkiej, choć zawsze narzekał, że ranią jego nos. Wstrzymał więc oddech przechodząc koło ogrodu sąsiadki i starał się oddychać przez usta.
Nie lubił być człowiekiem, mógł być przeciętnym szczurem, albo najbeznadziejniejszym czarodziejem. Wybór nigdy nie okazał się trudny

*    *    *

Remus jak zwykle uczył się przez całe wakacje. Robił to, aby nie patrzeć na chorą matkę. Chciał płakać za każdym razem, gdy widział jak ledwo chodzi. Usiadła obok niego ciężko i przytuliła go mocno. Cieszył się, że nadal z nim jest.
Kobieta zawsze bardzo zamartwiała się przez jego wilkołactwo. Po każdej pełni miała worki pod oczami i zastanawiała się, czy czegoś Remus się nie zabije. Zawsze ranił się wielokrotnie, piwnica często była cała we krwi, a ona nie umiała tego powstrzymać. Potrafiła jedynie zaleczyć rany i uśmierzyć ból, ale nie potrafiła im zapobiec.
Jej mąż patrzył na to wszystko bezradnie. Obwiniał się o rozwścieczenie Graybecka. Gdyby nie prośba ich syna pewnie zacząłby pić i palić. Mężczyznę bolało, że poszło o coś tak małego jak dług w wysokości stu galeonów. On twierdził, że go oddał, Graybeck, że nie. I ta mała sprzeczka zniszczyła życie ich synowi.

*    *    *

    Lily z niesmakiem czytała listy od Pottera. Przepisał je z książek romantycznych, które czytała jej mama. A przy tym porobił masę błędów i kilka razy zamiast jej imienia, napisał imiona bohaterek książkowych i nawet nie pofatygował się, aby dokładniej zamazać błędy. Zdecydowała się wrzucić wszystkie na trawnik Severusa, aby go pognębić. Nienawidził Jamesa. Dokładnie zamaskowała ślady otwarcia i kazała swojej sowie wrzucić je Sevowi przez okno. Dobrze wytresowana płomykówka spełniła polecenie.

*    *    *

    Severus Snape spostrzegł na swoim biurku masę listów zapisanych niezbyt równym pismem, wszystkie zaadresowane do Lily. Z ciekawością otworzył jeden z nich i ukazał mu się płytki tekst o wiecznej miłości i podpis Jamesa. Pismo w adresach listów wszędzie było takie samo. Zadrżał z wściekłości i podarł wszystkie listy na strzępy i zgniótł je dokładnie, po czym cisnął do kosza.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz