James jak co weekend o szóstej rano poszedł poćwiczyć z Lily na deskorolce. Szło mu coraz lepiej, choć tylko Amanda mu to przyznawała. Tym razem bliźniaczek nie było. Na skrawku drogi, na którym ćwiczył z Lily śnieg został stopiony zaklęciem.
– Dobra, teraz poćwiczymy sobie obracanie deski, gdy na niej jesteśmy, w miejscu, Potter – jej głos nie był ani odrobinę cieplejszy niż zwykle.
Przychodziła tylko dlatego, że chciała popisać się swoimi umiejętnościami. James natomiast coraz bardziej ją lubił Przestała być dla niego perfekcyjną panią prefekt, wspaniałą uczennicą i grzeczną osobą. Mimo że nadal miała w sobie wszystkie te trzy cechy, to Rogacz zaczął w niej dostrzegać więcej cech normalnego człowieka. Uprawiała sport, okazało się nawet, że lubiła piwo kremowe, choć rzadko je piła, martwiła się o swoją rodzinę z powodu wojny…
A przy tym każdemu skokowi na desce przyglądała się oceniająco tymi pięknymi zielonymi oczami, włosy i piegi stały się bardziej urocze niż durne. Kurtka ładnie podkreślała jej zgrabną talię i starała się nauczyć go naprawdę dobrze jeździć, choć nie wiedział, że po prostu miała dość tych lekcji, ale nie chciała go urazić.
– Lily, poszłabyś ze mną jutro do Hogsmade? – spytał niepewnie.
– Myślałam, że dałeś już sobie spokój – westchnęła. – Nie, nie pójdę.
– Dlaczego?
– Bo nie – odparła.
– To nie jest odpowiedź.
– I co z tego?
– Chciałbym poznać odpowiedź.
– Przykro mi, ale twoje marzenia się nie spełnią – rzuciła.
– Odpowiedz. – Zagrodził jej drogę wyjścia z boiska.
Miała już dość tej rozmowy. Była wściekła, zmarznięta i znudzona.
– Twoje towarzystwo nie sprawia mi przyjemności, nabijasz się ze mnie od pierwszej klasy, przez pięć lat terroryzowałeś mojego najlepszego przyjaciela. Co z tego, że już nim nie jest?! Jesteś niepoważny, nieodpowiedzialny, nudny, ciągle popisujesz się tym twoim zniczem… Wymieniać dalej?!
I odeszła rozzłoszczona przywołując po chwili deskę i sprawiając, że James z niej spadł. Chłopak wstał i opierając się o ścianę, ukrył twarz w dłoniach. Stał tak przez przynajmniej godzinę, dopóki Syriusz nie poszedł go szukać.
* * *
Cassandra kochała obserwować świat z góry, więc nikogo nie zdziwiło, że praktycznie codziennie o piątej rano przychodziła na wieżę astronomiczną. Widok z niej był wspaniały, a przy tym rzadko ktoś tam przychodził, głównie ze względu na zakaz przebywania tam bez opieki nauczycieli i włóczenia się nocami.
Usiadła na ławce i oddychała rześkim powietrzem. Nagle tuż przy niej przymknął cień.
– Co taka osoba jak ty robi w czasie ciszy nocnej na zakazanej wieży? – odezwał się ktoś za nią.
– Black? – zdziwiła się.
Usiadł obok niej.
– Nie, Święty Mikołaj wraz z zaprzęgiem. Co robisz?
– Zawsze tu przychodzę, gdy nikogo nie ma.
– Nie słyszałaś, że to nieładnie wymykać się w nocy?
– Nawzajem.
Usłyszeli miałknięcie. To kotka pana Filcha, panna Vaness znalazła ich tutaj. Syriusz zaklął. Cassy przeszukiwała chwilę torbę i w końcu znalazła eliksir. Wlała sobie odrobinę do koreczka i wypiła. Drugi koreczek podstawiła pod nos Syriuszowi, sama blednąc i powoli rozpływając się.
– Eliksir niewidzialności – wyjaśniła mu.
Spojrzał w miejsce, gdzie przed chwilą była ze zdziwieniem i podziwem. Wypił wszystko duszkiem, jednak nic się nie stało.
– To niemożliwe – szepnęła Cassy. – Ten eliksir nie działa tylko… na animagów.
Widząc minę Blacka spytała:
– Ty…?
Kiwnął głową. Usłyszeli kroki.
– O ile jesteś czymś mniejszym od człowieka przemień się i schowaj.
Black wykonał polecenie. Zaczął się kurczyć, porastać futrem i upadł na kolana. Po chwili wyrósł mu pysk i ogon. Zamerdał nim lekko i podbiegł w stronę ławek. Ledwo upchnął się pod jedną z nich, gdy Filch się pojawił w drzwiach.
– Tu nic nie ma, panienko Vaness – powiedział, gdy dokładnie zlustrował pomieszczenie. Na szczęście nie zaglądał pod ławki, były zbyt małe, aby pomieścić człowieka.
I woźny odszedł w stronę swojego gabinetu.
– Możesz już wyjść – powiedziała Cassandra po chwili. – Wyjaśnisz mi może, jak taki debili jak ty stał się animagiem.
– Trzy lata ćwiczeń – wyjaśnił ogólnikowo, przybierając ludzką postać. Uśmiechnął się do niej jeszcze szerzej niż zwykle.
– Wątpię, abyś został zarejestrowany, mogę cię więc w każdej chwili pozwać.
– Ale tego nie zrobisz – odparł z przekonaniem.
– Masz rację.
Szli chwilę w milczeniu, a Cassy stopniowo przybierała widzialną postać. Nagle syknęła.
– Stało ci się coś?
– Kostka – wymamrotała.
Usiadła na schodach i ponownie przeszukała torbę. Znalazła eliksir na ból i wylała odrobinę na kostkę lewej nogi. Potem znalazła różdżkę i wyszeptała zaklęcie skanujące.
– Skręcona – rzekła, wyjmując eliksir z torby. Wypiła pół buteleczki. – Za kilka godzin się zrośnie, ale do tego czasu musisz pomóc mi iść.
Szli wolno, w ciszy, słysząc swoje oddechy i skrzeki ptaków na dworze. Gdy wreszcie doszli Cassandra rzekła:
– Dzięki Black.
* * *
– Boję się – wyjąkała Amanda.
– Ja też, ale czego nie zrobisz dla mamy?
– Dobra, chodźmy.
Wypiły po dwa korki eliksiru niewidzialności i jeden szybkości. Śmigały, jakby leciały na miotle, ale było zdecydowanie łatwiej skręcać. Biegły przed siebie długo aż wreszcie znalazły polankę opisaną w księgach.
Przyjrzały się drzewom, jednak te niczym nie wyróżniały się od wszystkich innych. Cassy wyjęła różdżkę i zaczęła rąbać drzewa po kolei.
– Kto ośmiela się niszczyć mój las? – wykrzyknęła jakaś dziewczyna.
Wyglądała, jakby była w ich wieku. Urodą zdecydowanie grzeszyła. Idealne rysy, zgrabny nos, szerokie wargi, piękny kształt twarzy, elfie rysy, wspaniała figura i bujne rude włosy – miała to wszystko. Ubrana w zieloną sukienkę ze zwiewnego materiału i z napiętym łukiem, przypominała posągi greckiej bogini Artemidy.
Eliksir niewidzialności powoli przestawał działać i dziewczyny były teraz mglistymi zarysami. Na szczęści ten szybkości miał wydłużone działanie. Różdżkami obezwładniły driadę jeszcze zanim ta zdążyła spuścić cięciwę. Podbiegły do niej z dwiema pustymi fiolkami (aby mieć zapas). Unieruchomioną Peryficusem Totalusem dziewczynę Cassy nacięła delikatnie na nodze.
W czasie gdy krew lała się do fiolek, Amanda zaczęła szukać kwiatu niewinności. Delikatnie wyrwała go wraz z korzeniami i włożyła do magicznie stworzonej doniczki. Dosypała ziemi i podlała go odrobiną Felixa Felciusa, eliksiru płynnego szczęścia, który kupiły za sto galeonów.
Gdy buteleczki się napełniły, dziewczyny pobiegły przed siebie nadal z olbrzymią prędkością. Nie obracały się za siebie i odetchnęły z ulgą dopiero na granicy Zakazanego Lasu.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz