sobota, 8 października 2016

2. Miałczek

– Witam szanowne panie – rzekły Syriusz Black z uśmiechem.
Jak co weekend założył mugolskie ubranie. Lily zastanawiała się często, jak on je kupuje, skoro pochodzi z rodziny czystokrwistej i raczej nie ma styczności z mugolską modą.
– Witamy – odparły, przewracając oczami.
– Czy wybierają się panie do Hogsmade?
– A i owszem, spadaj Black – rzekła Cassy.
– Panna Cassandra jakoś nie w humorze.
– Ogarnij się, Black, i idź poszukać swojego kumpla Pottera – mruknęła.
Chłopak jednak nie odchodził. W końcu Amanda uznała, że jeśli tego nie powstrzyma to będą oglądać zwęglone szczątki człowieka i stojącą nad nim jej siostrę z dymiącą różdżką.
– Wingardium Leviosa – mruknęła, a wiadro z wodą do mycia podług poleciało  łukiem i wylało się na Syriusza.
– Ej, fuj to jest brudne – wypluł z podłogę płyn, który wpadł mu do ust.
Zdecydował, że niedługo się odegra.
– Amy, wiesz, że jestem zmuszona odjąć Gryffindorowi pięć punktów? – powiedziała Lily, która poważnie traktowała obowiązki prefekta, gdy uciekły z zasięgu wzroku woźnego.
– Gdyby nie to, przez Cassy dostalibyśmy minus pięćset…
– Co nie zmienia faktu, że odejmuję pięć.
– Trudno – mruknęła.
Były już przy wyjściu ze szkoły. Pani McGonagall sprawdzała listę uczniów, którzy mogli opuścić szkołę. Stanęły w kolejce i spokojnie czekały. Gdy były już przy profesorce do kolejki, jakieś dziesięć miejsc za nimi wepchnęli się Huncwoci. Black był już całkiem suchy, zapewne dzięki zaklęciu, ale zmienił ubrania. Profesorka chyba nie zauważyła, że wcześniej ich tam nie było, więc tylko zwróciła im uwagę, aby stanęli jeden za drugim.
Gdy odnaleziono dziewczyny na liście, te szybko wyszły ze szkoły i na początku biegły, aby uniknąć zaczepienia przez Huncwotów, jednak Lily szybko się zmęczyła i zaczęły iść.
Lily wyjęła z kieszeni maleńki kubeczek i powiększyła go zaklęciem, po czym wypowiedziała zaklęcie Aguameti i napiła się świeżej wody, po chwili bliźniaczki zrobiły to samo. Były jeszcze na terenie szkoły, choć właśnie dochodziły do granicy.
Szły, rozmawiając o technice oddychania przy bieganiu, z którą Lily sobie nie radziła.
Gdy w końcu dotarły do Hogsmade, Cassandra machnęła różdżką i poczekały chwilę, zjawił się Błędny Rycerz. Weszły do autobusu rzucając tylko:
– Na Pokątną – powiedziała Amanda, wręczając wyliczoną zapłatę. Nie siadały, tylko złapały się zwisającego z sufitu sznura.
Po drodze nie rozmawiały, przy te prędkości i krzesłach co chwilę obijających im się o nogi było to lekko niemożliwe.
Gdy dotarły na miejsce szybko wyszły na ulicę. Zaczęło padać, więc nałożyły kaptury. Amanda wraz z Lily popędził do apteki, jednak Cassandra miała inny cel. Zawsze była bardzo odważna, więc to jej powierzono najgorsze zadanie – musiała pójść do sklepu Borgina i Burgesa po gryfie pazury.
Szła szybko, chcąc mieć to jak najszybciej za sobą. Obserwowała ludzi i gdy dotarła do zakrętu westchnęła głośno i weszła. Ludzie dziwnie się na nią patrzyli, mugolskie odzienie musiało wydawać im się dziwne. Szła z głową uniesioną do góry, na ukrytych obcasach, aby wydawać się wyższą.
W końcu znalazła obskurny sklep. Delikatnie popchnęła drzwi i zadzwonił dzwonek. Zrzuciła kaptur i starała się wyglądać pewnie. Właściciel podszedł i zapytał:
– Witam, co podać – w jego głosie słychać było pogardę dla jej ubioru.
– Gryfie pazury – odparła zimno.
– Ile?
– Ile pan ma.
– Obecnie na składzie piętnaście.
– Biorę wszystkie.
– To będzie… piętnaście galeonów – odparł uśmiechając się złośliwie, myśląc, że byle młoda mugolaczka nie będzie posiadała takiej sumy.
– Proszę bardzo – odparła podając mu garść monet. – Nadzwyczajnie rozsądna cena, rzadko można na taką natrafić.
Wyszła ze sklepu, kiwając głową właścicielowi i nakładając kaptur. Szła szybko, pragnąc wydostać się z tego miejsca.
– I nigdy więcej mi się tu nie pokazuj! – krzyczała jakaś kobieta do małego, rudego kotka. Cassy dostrzegła na jego nóżce ranę, wyraźnie utykał.
Podbiegła do niego i podniosła delikatnie. Kot się nawet nie wyrywał, wyczuwał, że nie chciała mu zrobić krzywdy. Przytuliła go do siebie i nie zważając, że maluch brudzi jej płaszcz wzięła go ze sobą.

Lily i Amanda niespokojnie czekały na Cassandrę. Kupiły wszystkie dostępne składniki, jakie znalazły. Lily nie wiedziała, po co dziewczynom było to wszystko, ale nie chciała pytać. Wiedziała, że to delikatny temat.
Gdy dostrzegły Cassy, westchnęły z ulgą. Bały się, że coś jej się stało.
– I co, masz? – zapytała Amy.
– Piętnaście sztuk.
– Ile za nie dałaś?
– Piętnaście galeonów.
– Ile?! – wykrzyknęła Lily.
– To rozsądna cena.
– Nawet zaniżona, koleś nie wiedział, że niesproszkowany pazur ma w sobie śluz, który jest nadzwyczaj cenny. Widziałam, że sproszkowany był dwa razy droższy. Debil. – Pokręciła głową Cassandra.
– Co ty masz na ręce? – spytała Amanda, zauważając dopiero kotka.
– Znalazłam go po drodze. Miał ranną łapkę, musiałam go zabrać i uleczyć. Nazwałam go Miałczek.
– Super imię – odparła z sarkazmem Amy.
– Dzięki! – wyszczerzyła się Cassy.

Miały zamiar pojechać do Świętego Munga i odwiedzić mamę, ale okazało się, że mama śpi i nie wolno jej przeszkadzać, więc tylko zmarnowały czas na drogę piechotą. Wywołały błędnego rycerza i wróciły do Hogsmede.
Nie mając nic ciekawego do roboty w wiosce poszły do zamku. Miałeczek usnął na rękach Cassandry, więc miała dodatkowy ciężar, co wcale jej nie przeszkadzało. Gdy były już w swoim dormitorium, odstąpiła mu nawet jedną poduszkę i uważając, aby się nie zbudził, położyła go na niej.
Wspólnie zeszły dopiero na obiad po długiej wspólnej nauce i czytaniu książek. W drodze powrotnej szły jak zawsze jednym z bocznych korytarzy, gdy naglę coś się na nie wylało. To był prawdopodobnie szybko zasychający klej, bo gdy masa jakichś drobinek spadła na nie, nie mogły się ruszyć i były całe w brokacie i cekinach, oczywiście żółtych, bo to właśnie Amy wylała na Blacka brudną wodę (chłopak umiał je rozpoznać po najmniejszych szczegółach).
Nie wiadomo, kto pociągnął je w stronę Wielkiej Sali, gdzie unosiły się nad wszystkimi. Światła zgasły i pojawiły się nowe, kolorowe, skierowane wprost na trzy kule discotekowe. Po jednej na każdy liczący się według Huncwotów stół uczniowski. Zaczęła grać muzyka.
Wszyscy patrzyli na to osłupieli, w końcu jednak profesor McGonagall włączyła normalne światło i usunęła kolorowe, po czym sprowadziła dziewczynki na podłogę.
– Kto to zrobił? – spytała, jednak dziewczyny były całkiem unieruchomione.
Profesorka usunęła z nich cały klej a większość brokatu i cekinów spadła na ziemię.
– Podejrzewamy chłopaków – rzekła Amanda – ale nie mamy dowodów. – Wzruszyła ramionami.
– Ech, zresztą jak zwykle – mruknęła McGonagall.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz